ZMIESZANY PONIEDZIAŁEK – SARDYNIA – wyprawa do Campidano di Terralba

Wieśniak był niesamowicie umorusany i zarośnięty. To określenie w zasadzie wyszło już z użycia – teraz należy mówić farmer, rolnik, ewentualnie chłop. Ale ten człowiek spełniał definicję wieśniaka – człowieka pracującego fizycznie na polu w palącym słońcu Sardynii. Umorusany, w starych łachach, oferował produkty ze swego pola w przydrożnym straganiku. A warzywa były przepiękne – pomidory, cebula, bakłażany, papryka – wszystko, czego wegetariańska dusza by potrzebowała.

Zatrzymaliśmy się w drodze na nadmorskie plaże na zachodnim wybrzeżu wyspy. Przed górami, które w tym miejscu oddzielają środek wyspy od morza, leży apelacja Campidano di Terralba. Cel – oprócz kąpieli i plażowania, zakup wina. Ale komunikacja z wiejskim sprzedawcą jest dość ograniczona – mówi tylko w języku sardyńskim. Po nieudanych próbach zawołał córkę, która nie tylko była czysta i ładnie ubrana, ale nawet znała kilka słów po angielsku. Na koniec zakupów na pytanie  możliwość zakupu wina zawołała ojca popijającego w milczeniu z plastikowej butelki. Wino, ależ oczywiście, może poczęstować, choć sprzedać nie może. Z pięć minut trzeba było na wytłumaczenie, że godzina 10:00 rano to trochę za wcześnie dla mnie by pić wino, a zresztą prowadzę samochód. W końcu wieśniak poddał się i wzruszywszy ramionami wrócił do swoich zajęć.

Ruszam samochodem, a mimo wczesnej pory słońce ostro praży. Dwa kilometry dalej blokada drogowa – carabinieri w pełnej gotowości z pistoletami maszynowymi kontrolują samochody. Nie, to nie drogówka, to polowanie na członków mafii. Wprawdzie żona i syn, blondyni, w ogóle nie wyglądają na Włochów, a tym bardziej Sardyńczyków, ale na wszelki wypadek  nie wykonuję żadnych gwałtownych ruchów przy wysiadaniu. Jeszcze któryś się przestraszy i przejedzie serią. Na szczęście tylko zajrzeli do środka wynajętej Pandy i machnęli, by jechać dalej. Ciekawe, że prawie wszyscy karabinierzy na Sardynii wyglądają tak samo – niscy, przysadziści ze sporym obwodzie w pasie i widoczną nadwagą. Mimo groźnego wyglądu są za to naprawdę uczynni i mili, acz zapomnijcie o możliwości konwersacji po angielsku.

W najbliższym miasteczku zaopatrujemy się w dwie butelki wina. Dwie, bo wprawdzie aż tyle nie planowaliśmy, ale zainteresowały mnie wina z bovale grande i bovale sardo. O samym szczepie coś niecoś słyszałem, ale skąd ta różnica? Okazała się już po otwarciu – wino z winogron bovale grande było prawie identyczne z tym, które piliśmy w hotelu. Carignan. Piękne w kolorze, niezwykle głębokie w smaku i zapachu, o silnych aromatach ziół i ciemnych owoców. Popijane pomidory i wiejski chleb smakowały z tym winem niczym uczta nababa. Wino z bovale sardo absolutnie odmienne – silnie taniczne, który to smak w dużym stopniu zabijał całkiem wysoką kwasowość i miłe owocowe nuty. Wino pozostawiało lekki fioletowy nalot na zębach i uczucie, jakby po języku przejechał papier ścierny. To wino dla fighterów – nie każdy mu podoła.

Campidano di Terralba lub Terralba DOC jest jednym z najważniejszych regionów winiarskich Sardynii . Obejmuje obszar na południe od miejscowości Oristano i została utworzona w 1975 roku . Wina wytwarzane są głównie z winorośli Bovale sardo oraz Bovale Grande. Tak naprawdę to graciano i carignano, przywiezione na Sardynię przez Hiszpanów. Ale który z miejscowych używałby obcych nazw – to ich winorośla i ich nazwy.

Popołudnie na plaży to euforia nieróbstwa i oczekiwania na upragniony obiad. Wczesny, bo trzeba będzie wracać do hotelu. Nadmorska tawerna, zachwalana przez przewodniki, absolutnie wypełniona. Przecież jest mecz, a niemieccy turyści z pobliskich hoteli właśnie to miejsce upatrzyli na kibicowanie swojej drużynie. Nad kuflami z piwem, kiełbaskami i pizzą, w coraz większym uniesieniu komentowali sytuację z boiska. Udało nam się wreszcie zająć dopiero co zwolniony stolik, a kelner z ciekawością przypatrywał się nam – pewnie to kwestia języka polskiego na całym świecie tak często mylonego z rosyjskim. Na pytanie o malloredus alla campidanesepeccorino sardo uśmiechnął się i przyniósł wodę i karafkę domowego vermentino. Pyszne, chłodne, mocno owocowe i kwiatowe, łagodnie przygotowywało nasze kubki smakowe na makaron.

Mecz się skończył, niemiecka reprezentacja wygrała, a turyści płacili rachunki odprowadzani zmieszanym wzrokiem właścicieli. W całym basenie morza śródziemnego we wszystkich tawernach od Grecji po Hiszpanię właściciele mają ten sam wzrok na widok niemieckiego turysty – mieszanina pożądliwości i niechęci. Pożądliwości dla siły nabywczej niemieckiego turysty, a niechęci, bo ileż można pić piwa i zagryzać go parówką, cotoletta alla milanese, czy nawet pizzą i komunikowac sie między sobą z mocą powyżej 50 decybeli.

Gdy kończyliśmy nasz makaron, rzeczywiście przepyszny, jak to opisano w przewodniku, tawerna była już pusta. Obsługa już posprzątała szykując się na kolejnych gości, tym razem tubylców, choć ci nie pojawiają się przed 20:00. Najedzeni, acz nie przeciążeni, wracaliśmy o zmierzchu do hotelu.

Jerzy Moskała

Advertisements
ZMIESZANY PONIEDZIAŁEK – SARDYNIA – wyprawa do Campidano di Terralba

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s